rurale (2009-11-16)
Ze zdumieniem stwierdzam, że nikt na stwines nie założył wątku o winnych kontekstach stolicy imperium brytyjskiego. Nadrabiam zatem licząc na Wasze wsparcie. Byłem tam ostatnio przez chwilę. Debiutowałem nieśmiało, jak zwykle zdziwiony, czasem zagubiony, zawsze ciekawy. Nie bedę odkrywczy jeżeli powiem że niemal pod każdym względem to znakomite miejsce. A dla winomaniaków to raj. Jak przystało na stolicę kraju, który pośrednio sprawił że powstała klasyfikacja bordoska albo że w ogóle narodziło się porto. Wino leje się właściwie na każdym rogu (nie tylko zresztą wino:). Tanio nie jest, choć w porównaniu z cenami w Polsce... Zresztą, nieważne. Poraża przede wszystkim wybór. Sieć Oddbins sprzedaje dużo butelek wyróżnianych przez „Decantera”, w Lea & Sandeman można znaleźć fajny wybór burgundów, sklepy Nicolas są niemal wszechobecne (dużo butelek choćby od Fevre'a), do Wine Rack warto wpaść na przeceny szampanów, w piwnicach Harrodsa widziałem stare roczniki Musara i inne dość drogie butelki:), Majestic to takie niby hurtownie, skąd trzeba wynieść minimum sześć flaszek... No a przecież jest tyle innych miejsc, jak choćby sklep-instytucja Berry Brothers Rudd, gdzie sprzedają burgundy od Davida Clarka w systemie en primeur (to jakiś absurd:). Zostają jeszcze sieci handlowe, przede wszystkim Marks & Spencer, ciekawa selekcja w Waitrose, czy mniej zajmująca w Sainsbury's. Jednym słowem dzieje się. W pierwszej lepszej księgarni można zaopatrzyć się w przewodnik Oz'a Clark'a i w drogę.
Wyjątkowe miasto. Ławka w Regent's Park i kolorowy balonik. Strzepywałem deszcz z parasola. – Co teraz? – zapytała. – Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. – odpowiedziałem nie patrząc jej w oczy...
sstar&let (2009-11-16)
W Londynie dawno nie byłem, może nigdy... Jak już lekko skołowany wyszedłem z National Gallery (sen to czy jawa?), zachwiawszy się z lekka skierowałem sie w kierunku Soho. Daleko nie uszedłem, wszedłem do małej, starej księgani. Dużo ludzi było, pomyślałem więc, że warto. W księgarni, jak to w księgarni, książki tylko. O winie nic nie znalazłem, wyszedłem z Prorokiem Kahlila Gibrana. Nie wiem po co ją wziąłem, może Montiemu tanio odpalę. Zresztą Oza Clarke'a przewodnik już miałem, z poprzedniego roku, a jak koszulka po meczu koszykówki śmierdzi, już sam doskonale wiedziałem. W okolicy Covent Garden sporo się dzieje, ciężko odróżnić gdzie świat, gdzie teatr. Wszystko się miesza. Wsiadłem do metra pojechałem w kierunku Notting Hill. Im bliżej było, to ludzie bardziej elegenccy wsiadali, zawstydziłem się i wysiadłem. I dobrze, bo jak inaczej bym trafił do Handford Wines, sklepu który gorąco polecam. Hueta zepsutego mi już nie żal, ładnie się zwał Rhangenn de Thann. Langwedończykiem z Saumarez mnie poczęstowli, zimny i ziemisty, Londyńczykom się podoba. Zapomniałem dodać, że ta Pani, która Rurale nagabywała, miała podobno Julia na imię. Niektórzy na nią mówią Roberts. Na mnie też czasami podobnie wołają, choć na imię mam Tadeusz.
sstar&let (2009-11-17)
W Oddbinsie chyba pierwszy raz zobaczyłem wino z czaszką:) Ale to w Cambridge było nie w Londynie, ciągle mi się te miasta mylą;) Choć nie ma co się oszukiwać Oddbins to globalna chciało by się rzec wioska, ale chodzi mi po prostu o sieć. Nawiązując do przygód Rurale na statku (tych co nie zdarzą się nigdy) i jego wizyty w Tate Modern, to czytam sobie właśnie sierpniowy (wiem, wiem... zatrzymałem się w czasie;) numer Decantera i polecają w nim wizytę w Tate Modern... Restaurant. Siódme piętro, widok na katedrę Św. Pawła, Centrum czy Most Milenijny
to średnie atrakcje dla winomaniaka, to, że robią tam podobno świetne frytki z rybą tym bardziej, ale wina wybrane przez Hamisha Andersona z pewnością zachwycą winnego frika: Liban, Portugalia i Korsyka (phi co to dla nas;),
jeśli chodzi o kraje, a odmianowe Insolia, Bonarda i Dolcetto (nuda;), pokazują, że chłopaki (i dziewczyny:) zmierzają w tej resto off the beaten track;) No i spory wybór sherry, żeby wyznawcy religii win utlenionych też się odnaleźli. W Tate Modern byłem i owszem, dawno, bardzo wygodna
ławeczka, pamiętam jak dziś, z miejscem do leżenia... Powiedzmy, że skoncetrowałem się jedynie na jednym nowoczesnym dziele sztuki. Choć muszę, że przestrzeni tam dużo, dzieciaki mają gdzie pobiegać;)
peyotl (2009-11-17)
Ja też! Byłem w Tate Modern! To był... ehm, 1974; końcówka "swinging London". Winem się wtedy nie interesowałem, ale żłopało się jakieś tanie słodkie sheryy czytając "Archipelag Gułag" ( i otwierając oczy coraz szerzej...). Pamiętam Turnera, rzeźbę Moore'a przed wejściem, a najbardziej obrazy de Staela, Belga, co to wyskoczył pewnego dnia przez okno; do dziś je lubię. Ach, no i koncert Pink Floydów, "Dark side...", butelek na widowni było sporo, ale od piwa.
A teraz przyjaciele z Londynu przywożą mi czasem na zamówienie wina nagrodzone w Decanterze. To tyle.

sstar&let (2009-11-19)
Wspomniano tu już Oza Clarke'a, gościa, który stał się sławny z tego, że bardzo poci się, gdy gra w kosza, a po meczu wącha swoją koszulkę (dobrze, że nie wymienia się z innymi;) i każe winomaniakom i winomaniaczkom (są takie?) wyobrażać sobie jak ona śmierdzi (fuj!) i to przy degustacji wina;) Tak więc ten sam Oz w dodatku do przewodnika dokłada przewodnik kupującego. W Oddbinsie polecał wino z czaszką czyli Domus Aurea z Chile (u nas ma je Dekanter!), w Great Western Wine (a co to? a kto to?) oraz w Nidderdale (jw?) i Oz Wines (ma swój sklep?) poleca wino od dyrektorów dla dyrektorów czyli Director's Cut z Heartland czyli od Glaetzera (u nas Dom Wina) w końcu wina w różnych kolorach od Tima Adamsa w Australian Wine Club oraz w Tesco (u nas chyba wakat?). Klarety każe kupować w Berry Bros & Rudd (np. Pauillac Ch. Batailley), Far Vintners (np. St. Emilion Canon la Gafaliere), w Corney & Barrow (np. Pomerol la Conseillante), czy u Johna Armita (St. Emilion Beau Sejour Becot)... cdn. choć to stara książka była, bo już trzyletnia! Rurale ma nowszą, może coś dorzuci? Gdzie teraz warto kupować wina i koszulki wg Oza?

sstar&let (2009-12-22)
L'Atelier Joel Robuchon (dwie gwiazdki Michelina, w la Table jeść dają, w la Cave wina) ma nie tylko w Paryżu. W Londynie można spotkać Clooneya, który ostatnio dużo latał;) Na Camerimage do Łodzi przyleciał jedynie operator ostatniego filmu, z udziałem Clooneya. Dobry! Podobnie jak wybór win u Joela, nietuzinkowy trzeba przyznać, np. Marsanne znad Rodanu.
